Trening triathlonowy na wysokości – moje doświadczenia z Kenii (2400 m n.p.m.)
Trening triathlonowy – Dlaczego Kenia?
„11 lat w triathlonie, a nadal mi się to podoba. Ale czasem potrzebuję czegoś, co znów przypomni mi, dlaczego kocham ten sport…”
Gdy po raz pierwszy stanęłam na starcie zawodów triathlonowych, nie sądziłam, że ta pasja będzie towarzyszyć mi przez ponad dekadę. Triathlon stał się moim życiem – moją radością, wyzwaniem i sposobem na przekraczanie własnych granic. Jednak nawet największa miłość potrzebuje czasem odświeżenia. Po intensywnym sezonie 2024, pełnym startów i pracy zawodowej na budowie, poczułam, że potrzebuję czegoś… innego. Czegoś, co na nowo rozpali we mnie ten ogień.

Iten – małe miasteczko w Kenii, położone na wysokości 2400 m n.p.m. – od lat było na mojej sportowej bucket liście. To miejsce legendarne w świecie biegaczy, gdzie trenują najlepsi z najlepszych. Ale czy triathlonista znajdzie tam coś dla siebie?
Pierwsze wrażenia? Zapierające dech w piersiach – dosłownie! Wysokość daje się we znaki od pierwszego kroku. Powietrze jest rzadsze, każdy oddech wymaga większego wysiłku. Klimat – gorący w dzień, chłodny wieczorami. I ta niesamowita kultura treningu! W Iten bieganie to nie sport, to sposób życia.
Dlaczego wybrałam Kenię? Bo potrzebowałam zmiany perspektywy. Inspiracji od najlepszych. Chciałam zobaczyć na własne oczy, co sprawia, że kenijscy biegacze są tak wyjątkowi. I czy ich podejście można przełożyć na triathlon.
„Czy triathlonista odnajdzie się w Kenii?” – pytałam siebie pierwszego dnia. Już po kilku treningach miałam odpowiedź: Tak, i to znacznie więcej, niż się spodziewałam! Iten okazał się nie tylko miejscem ciężkiej pracy, ale przede wszystkim przestrzenią do przemyśleń, odkrywania na nowo radości z treningu i… pokory. Bo na wysokości 2400 metrów nawet najprostsze ćwiczenia stają się wyzwaniem.
Dzień z życia na obozie – trening, jedzenie i… maniok!
Poranna rutyna w Kenii:
Budzik dzwonił o 5:30, gdy słońca nie było jeszcze nawet na horyzoncie. W Iten poranki mają magiczną ciszę, przerywaną tylko krokami biegaczy. Moja rutyna zaczynała się od tego, co najważniejsze – przygotowania organizmu do dnia wypełnionego treningami oraz dostarczenia niezbędnych minerałów.
Na moim stole czekała:
• podwójna dawka Ferronolu (40 mg żelaza w formie płynnej z witaminami z grupy B oraz witaminą C dla lepszego wchłaniania),
• świeżo wyciśnięty sok z cytryny,
• imbirowy shot (nie dość, że pobudza, to jeszcze pomaga przy ewentualnych problemach żołądkowych),
• Tardyferon (kolejne 80 mg żelaza).
„Na budowie pracuję na pełen etat, ale w Kenii moja 'praca’ to trening. I choć brzmi to jak marzenie, to wcale nie jest łatwe.”
Po suplementach – szybka rozgrzewka i już o 6:15 byłam gotowa na pierwszy trening. W Polsce pierwszy trening bardzo często też wykonuję jeszcze przed pracą, a więc takie wczesne wstawanie nie było mi straszne.
TRENING TRIATHLONOWY W EKSTREMALNYCH WARUNKACH
Biegi na tej wysokości to jak bieg z maską – tyle, że bez maski. Pierwsze dni na wysokości były najtrudniejsze – organizm protestował, płuca paliły, a puls wariował. Ale w końcu… po kilku dniach przychodziło to niesamowite uczucie, jakbym złapała drugi oddech. Dosłownie!
Rower? „Mają asfalt? To już sukces!” – pisałam do znajomych. Jazda po kenijskich drogach to przygoda sama w sobie. Raz musiałam hamować przed stadem kóz, innym razem omijałam dzieci bawiące się przy drodze. Ale widoki? Bezcenne! Zielone wzgórza, czerwona ziemia i niebo, które zdaje się nie mieć końca.
Pływanie było wyzwaniem logistycznym – dojazd niby tylko 30 km do pobliskiej miejscowości Eldoret zajmował ponad 1h! Basen to też nie europejskie standardy. Woda chłodniejsza i bardzo mętna, torów mniej lub czasem całkowity ich brak, ale za to jaka satysfakcja, gdy udało się zrealizować plan pomimo wszystko!
Kuchnia kenijska – paliwo dla triathlonisty:
Po treningu – czas na ładowanie baterii. Kenijska kuchnia to głównie:
• Ugali (gęsta papka z mąki kukurydzianej),
• Czapati (okrągłe cienkie placuszki z mąki pszennej),
• Ryż z fasolą,
• Naleśniki z masłem orzechowym (moje ulubione danie jako, że jestem fanatykiem masła orzechowego 🙂
• I… maniok (odkrycie tego wyjazdu, czyli odpowiedni naszego ziemniaka popularny w krajach afrykańskich).
Najważniejsza lekcja? Że nie ma uniwersalnej diety. Że paliwem osób trenujących sporty wytrzymałościowe wciąż są w węglowodany. W Kenii nauczyłam się słuchać jeszcze uważniej, czego potrzebuje moje ciało. I że czasem warto zaryzykować i spróbować czegoś zupełnie nowego – nawet jeśli to dziwna bulwa o nazwie maniok! 3. Czego nauczyli mnie Kenijczycy?

TRENING TRIATHLONOWY Z MISTRZAMI
Mentalność:
Wyzwanie dla mnie, a wyzwanie dla Kenijczyka, czyli różnica w myśleniu.
Pamiętam ten moment, gdy stałam u podnóża wzgórza, przygotowując się do serii podbiegów. Mój plan zakładał serię 8 podbiegów o długości 500m i nachyleniu 4% – w Polsce to już solidne wyzwanie. Gdy powiedziałam o tym Abedowi, miejscowemu biegaczowi, który trenował ze mną tego dnia, tylko się uśmiechnął.
„To nie podbieg” – stwierdził. „Prawdziwy podbieg zaczyna się od 8%-10%. Dzisiejszy podbieg to jak bieganie po płaskim.”
W pierwszej chwili pomyślałam, że żartuje. Ale Kenijczycy naprawdę tak trenują. Dla nich „trudne” znaczy „inaczej”, a nie „niemożliwe”. Ich podejście można streścić w jednym zdaniu: „Nie ważne, jak daleko jesteś od celu, ważne, jak mocno wierzysz, że go osiągniesz.”
To nie jest zwykły optymizm. To głęboka wiara w proces. Oni nie pytają: „Czy dam radę?” Oni wiedzą: „Jeśli będę działał, w końcu się uda.”
Triathlon – Reżim treningowy:
Kenijski fartlek – czyli czwartkowa zabawa biegowa
Jednym z cennych doświadczeń, jakie przywiozłam z Kenii, jest kenijski sposób na interwały. W Europie często komplikujemy treningi – analizujemy tętno, moc, kadencję, prędkość. Kenijczycy? Mają prostą zasadę, co czwartek o 9:00 spotykają się na grupowy trening, gdzie szczegóły są podawane dopiero na miejscu zbiórki. Nikt wcześniej nie wie jakie będzie zadanie. Ja akurat trafiłam na:
1. 3 minuty mocno – tak, żebyś na końcu czuł, że to był Twój max.
2. 1 minuta luzu – ale prawdziwego luzu, tylko nie truchtu.
3. Powtarzasz, aż skończysz plan, czyli dobiegniesz do głównej drogi.
Ile powtórzeń? To zależy jak szybko będziesz biegł 🙂
Proste? Tak. Skuteczne? Absolutnie.
Dlaczego to działa? Bo nie ma miejsca na wymówki. Albo dajesz z siebie wszystko, albo nie.
Nie ma „trochę mocniej”. Jest „mocno” i „luźno”.
Abed – mój kenijski „pace maker” i najlepsza lekcja pokory
Abed to jeden z tych biegaczy, którzy nigdy nie startowali w Europie, ale ich naturalna forma przyprawia o zawrót głowy. Abed towarzyszył mi podczas kilku moich treningów. Gdy zobaczył moje zmagania na jednym z interwalów, pokiwał głową:
„Joanna, ty myślisz o tym, jak trudno. My w Kenii myślimy o tym, jak lekko.”
To była iskra. Zamiast skupiać się na trudności, kiedy biegłam kolejne interwały, skupiałam się na rytmie, oddychaniu, jak stawiam stopę oraz o momencie wybicia. Nie liczyłam ile zostało i nagle okazywało się, że trening dobiegł do końca i zrobiłam wszystkie powtórzenia.
Kenia dała mi nowe spojrzenie. Pokazała, że sport to nie tylko wyniki, ale radość z procesu. Że można biegać nie po rekord, ale ot tak, żeby zobaczyć wschodzące słońce. Że czasem warto zwolnić, by potem przyspieszyć mocniej.
„Jeśli masz marzenie – nawet jeśli wydaje się nierealne – działaj małymi krokami. Jak kenijscy biegacze: dzień po dniu, w pełnej wierze.”
Dziękuję Wam za to, że jesteście częścią tej podróży. Za każde „dasz radę” pod moimi postami, za Wasze własne historie, które mnie inspirują.
Teraz Twoja kolej. A jakie są Twoje „niemożliwe” cele? Maraton poniżej 3 godzin? Pierwszy triathlon? A może coś zupełnie innego – nauka języka, zmiana pracy, spełnienie dziecięcego marzenia?
Podziel się w komentarzu – może właśnie tu, pod tym postem, znajdziesz kogoś, kto podpowie Ci, jak zacząć. Albo ktoś zainspiruje się Twoją historią. Bo jak mówił mój przyjaciel Abed z Kenii:
„Najtrudniejszy kilometr? Ten, który biegniesz sam. Ale jeśli znajdziesz ludzi, którzy wierzą w Ciebie – cały świat stanie się łatwiejszy.”
Do zobaczenia na trasie! 🚴♀️🏊♀️🏃♀️



